Się na noc,
Się na noc, bieliznę miała — angielskim zwyczajem — wełnianą. W szlafroczku poszła się myć i później długo leżała w łóżku z książką o Ziemi Franciszka Józefa; ręce miała smagłe i dziewczęco chude: trzymała w nich Ziemię Franciszka Józefa. Gdzieś niedaleko zegar na wieży wybił trzecią i ojciec zaczął kaszlać, nie mógł się wykaszlać. Tego samego dnia na wyspie Nowa Ziemia, na Oceanie Lodowatym Północnym, z Zatoki Biełużej miał odpłynąć do Europy, do Rosji, statek „Murmańsk\". Był to ostatni statek, przypadkowo zatrzymana ekspedycja, i nowy miał się tam zjawić dopiero za rok, następnego lata. Czas porównania dnia z nocą już mijał. Był zmierzch, mgła mieszała się z zadymką, na ziemi leżał śnieg, a od morza nadciągała kra. Góry były za chmurami. Oddział na szalupach zwoził z brzegu słodką wodę. Wyprawa hydrograficzna posuwała się od świtu do dwunastej w nocy do brzegów Ziemi Franciszka Józefa, dokąd nie wpuściły jej lody; dochodziła pod 79°30\' płn. szerokości, żeby stamtąd zabrać resztki ekspedycji Kremniewa; w cieśninie Ma-toczkin Szar pozostawiła radiostację; za tydzień miała w Archangielsku pozostawić za sobą straszliwą samotność lodów, tysiącmilowych przestrzeni, miejsc, gdzie nie może żyć człowiek. Za dziesięć dni miała być Moskwa, rewolucja, praca, żony, rodziny; wyprawa była ukończona. „Murmańsk\" jeszcze z rana od-trąbił pierwszy sygnał, marynarze pośpieszali z wodą. Całą Nową Ziemię zamieszkiwały zaledwie dwadzieścia dwie rodziny Samojedów. Samojedzi, oszaleli od spirytusu, który wysączył się ze statku na brzeg, bezładnie pływali na swych łodziach od brzegu do parowca. Kierownik wyprawy, który myślami był już w Moskwie, pisał sprawozdanie z ekspedycji. Kajuta kierownika była na górnym pokładzie, paliła się tam elektryczność, kierownik siedział przy stole, a na progu siedział Samojed, pijany od rana, teraz trzeźwiejący i żebrzący o spirytus; proponował za spirytus wszystko — lisią skórę, żonę, łódź, czapkę futrzaną. Kierownik milczał. Gdy Samojedowi przykrzyło się powtarzać wciąż te same słowa o spirytusie, zaczynał śpiewać przez pół godziny wciąż to samo: Kierownik siedzi, siedzi, Chmurny, chmurny... Kierownik zastanawiał się, jakimi słowami napisać w sprawozdaniu o tym, jak Północ gnębi człowieka: na radiostacji X, w śniegach polarnych, w pół roku trwającej nocy, w zorzach polarnych, zimowało pięciu ludzi odciętych od świata tysiącami wiorst; ci ludzie przyrządzili dla wyprawy obiad, naczelnik radiostacji nasypał sobie do zupy soli — a wówczas student-praktykant, który przeżył z naczelnikiem rok, zawołał: „Pan nasypał sobie soli, solił Pan tyle nasypał, że nie można jeść tej zupyl Niech pan ją wyleje! Inaczej ja nie wytrzymaml\" Kierownik powiedział, że owszem, nasypał sobie soli do zupy i nasypał tyle, ile lubi; student krzyczał: ,,Ja nie mogę patrzeć na to, niech pan wyleje zupę! Ja żądam!\" — student rozpłakał się jak dziecko, rzucił serwetkę i łyżkę, uciekł i przepłakał cały dzień. Pięciu ich było i wszyscy chorowali na szkorbut; nie wychodzili z domu, bo każdy się bał, że jeden drugiego zastrzeli, więc siedzieli po kątach, i spali z karabinami; kiedy zamieć pozrywała anteny i wszyscy, cała piątka, musieli wyjść do roboty, z kątów umawiali się, żeby wyjść z domu bez broni; wszyscy byli obłąkani. „Murmańsk\" zabrał z samojedzkiej osady na Nowej Ziemi pełnomocnika Zarządu Wyspy: był to kiedyś człowiek zdrowy, młody, kulturalny; przeżył rok z Samojedami i zwariował; przestał palić i zabronił palić całej osadzie samojedzkiej, wypędził od siebie żonę i zabronił Samojedom przygarnąć ją — zamarzła w śniegu w górach, gdy poszła pieszo (psów jej nie dał) szukać sprawiedliwości
Poprzedni - City pozostało bezludneNastępny - I ocalenia o